Krzysztof Wiśniewski
I Liceum
Ogólnokształcące im. Stanisława Dubois
Recenzja spektaklu “Like fake. Historia, której nie było” w reżyserii Arkadiusza Buszko.
Miłość w świecie 2.0

Streamowanie to według słownikowej definicji dzielenie się z widzami tym, co dzieje się na naszym ekranie: emocjonującą rozgrywką lub filmowaną na żywo imprezą. Co się jednak wydarzy, gdy widz stanie się obiektem streamowania, zostanie zmultiplikowany przez urządzenie rejestrujące, a granica między odbiorcą i nadawcą ulegnie zatarciu? W takie pytanie zostajemy wciągnięci wraz z pierwszą sceną LIKE FAKE. Historia, której nie było. Aktor rejestrując siebie smartfonem na tle widowni całość obrazu przesyła w przestrzeń sceny. Po chwili zostają odpalone procesy w meta–smartfonie zarządzanym przez Demiurga. Od tego momentu nic już nie jest takim jak nam się wydaje. Świat wirtualny i realny zlewają się w jedno. W strukturach cyfrowych rozpoczyna się odwieczna opowieść o cierpieniu, samotności i miłości.

Dramaturgowi spektaklu LIKE FAKE – Tomaszowi Ogonowskiemu udała się rzecz zdumiewająca. W świecie sprymitywizowanej komunikacji internetowej, w której rozmowa zastępowana jest lajkowaniem i hejtowaniem a miejsce słowa zajmuje emotikon, opowiada historię dwojga młodych ludzi. Wydawać by się mogło, iż w cyfrowym świecie nie ma już miejsca dla „Romea i Julii”, że język chatu nie dopuści do głosu opowieści o „Zbrodni i karze”. Autor tekstu wręcz brawurowo sobie z tym radzi. W sposób nowy, zaskakujący i z niezwykłą mocą opowiada raz jeszcze historie o uczuciu, które ocala człowieka. Choć jest to spektakl przeznaczony głównie dla młodzieży, każdy może odnaleźć tam siebie i swoje problemy.

W tym niezwykłym przedsięwzięciu wspomaga go odpowiedzialny za reżyserię i choreografię Arkadiusz Buszko. Spektakl od pierwszej do ostatniej sceny jest jak petarda: wybucha, iskrzy, rozbłyska najnowszymi środkami audiowizualnymi. Ruch postaci wyznaczany przez przyciski klawiatury „WSAD” stale dynamizuje akcję. Tekst jest równolegle wypowiadany przez aktorów i zwielokrotniany na ekranach zapełniających scenę. Widz bez chwili przerwy bombardowany jest bodźcami wzrokowymi i słuchowymi. Zaczyna mieć wrażenie, że staje się jedną z multiplikowanych jednostek bez twarzy (w tym miejscu ogromne brawa dla Grupy Mixer za kostiumy).

W czasie całego przedstawienia odsłonięte są twarze jedynie dwóch postaci: Metyla (Mariusza) i Soni (Zosi). Pozostali aktorzy „zapakowani” pozostają w jednolite uniformy. Ich twarze są niewidoczne, pozbawione indywidualnych cech. Metyl, prowadzący internetowy kanał, początkowo znakomicie odnajduje się wśród posthumanistycznych tworów. Bez żadnych skrupułów selekcjonuje oraz bezlitośnie ocenia autorów stremowanych filmów. Dzieje się tak do czasu, gdy trafia na nagranie z głosem Soni… Z tym momentem rozpoczyna się proces jego przemiany. Niczym romantyczny bohater wchodzi w konflikt z całym światem. Dostrzega, że jest tylko obiektem, nad którym chcą przejąć kontrolę pedagodzy, rówieśnicy, matka, dealer narkotyków i wszelkiej maści ideolodzy. Całość doprawiona odrobiną czarnego humoru. Dojrzewa w nim sprzeciw, ale i poczucie bezradności. Jedynym ratunkiem wydaje się Sonia – dziewczyna z „zamkniętymi” oczami. Zanim Metyl dokona przemiany w Mariusza (niczym mickiewiczowski Gustaw w Konrada) będzie musiał stanąć twarzą w twarz z samym sobą, ze swoją historią i ze swoimi lękami.

Dzięki znakomitej grze aktorskiej Karola Dondy przemiana głównego bohatera pozbawiona jest zbędnego patosu i sentymentalizmu. Metyl/Mariusz pozostaje przez cały spektakl postacią do szpiku kości prawdziwą, wiarygodną i dojmująco szczerą. Ma w tym sprzymierzeńca w osobie Magdaleny Zabel, która w sposób niezwykle naturalny i przejrzysty potrafi oddać całą gamę uczuć związaną z postacią Soni. Na długo w mojej pamięci pozostanie scena, w której Zosia przeżywa cierpnie spowodowane odrzuceniem i upokorzeniem przez Metyla. Dzięki talentowi Magdaleny Zabel widz ma niepowtarzalną okazję dotknąć świata pozbawionego światła.

Ważną postacią spektaklu pozostaje Demiurg, w którego rolę wcielił się Marcin Borchardt. Dzięki komputerowej modyfikacji głosu połączonej z oszczędną grą gestem postać ta, aż po ostatnią scenę, wzbudza niepokój. Lęk ten wynika z braku określenia tożsamości tego, który zdaje się zarządzać wszystkimi zdarzeniami w rytmie dziecięcych wyliczanek. Cały efekt wzmaga starannie do tego dobrana muzyka.

Spektakl LIKE FAKE choć osnuty wokół historii miłosnej, dla mnie pozostanie wielką przypowieścią o Twarzy. Podążając śladem Emmanuela Levinasa historię opowiedzianą przez Tomasza Ogonowskiego odczytać można jako pytanie o granice naszego człowieczeństwa. Jak wspomniałem wyżej, przez cały spektakl jedynie twarze Zosi i Mariusza pozostają odsłonięte. Oblicza pozostałych postaci zostają odkryte tylko w dwóch scenach: matki Mariusza, gdy sięga wspomnieniami do dzieciństwa syna oraz ojca Zosi, gdy przyznaje się przed sobą do choroby alkoholowej. Każde z nich odzyskuje twarz zdobywając się na szczere spojrzenie w głąb siebie, odkrywając wezwanie do troski o Drugiego. Metyl staje się Mariuszem dopiero wtedy, gdy odnajduje w Zosi, zagrożonej śmiercią, wezwanie do odpowiedzialności za nią.

To przesłanie czyni spektakl niepowtarzalnym wydarzeniem godnym polecenia. I nie zmieni tego wydźwięk ostatniej sceny, która stawia pytanie, czy to, co zobaczyliśmy wydarzyło się „naprawdę”, bo przecież nic nie jest takim, jakim się wydaje….

Menu
Wielkość czcionki
Kontrast