Recenzje spektaklu Kariera Nikodema Dyzmy
Sandra Roszkowska,  Zespół Szkół nr 1 im. Mikołaja Kopernika w Koszalinie

W krzywym zwierciadle

Wchodząc na spektakl „Kariera Nikodema Dyzmy” w reżyserii Pawła Szkotaka, miałam wrażenie, że wchodzę nie tyle do teatru, co do laboratorium absurdu. Wiedziałam, że czeka mnie groteska, przerysowanie i śmiech, który będzie trochę za głośny, trochę za nerwowy. Taki, po którym człowiek sprawdza, czy na pewno śmieje się z fikcji, a nie z samego siebie.
Od pierwszych scen było jasne, że to nie będzie historia, którą da się obejrzeć bezrefleksyjnie, jak lekką komedię na jeden wieczór. Są bowiem historie, które się nie starzeją, tylko zmieniają kostium. „Kariera Nikodema Dyzmy” jest jedną z nich.
W wersji zaprezentowanej na scenie BTD w Koszalinie groteska przestaje być zabawna, a absurd zaczyna niepokojąco przypominać codzienne telewizyjne wiadomości. Śmiejemy się, bo sytuacje są przerysowane, ale ten śmiech szybko traci lekkość, gdy uświadamiamy sobie, jak niewiele różni scenę od rzeczywistości. To spektakl o karierze zrobionej z przypadku, bezczelności i ciszy w odpowiednich momentach, czyli o świecie, który doskonale znamy. Świecie, w którym kompetencje są mniej ważne niż pewność siebie, a brak wiedzy potrafi uchodzić za tajemniczą głębię. Dyzma nie jest tu wyjątkiem – jest owocem systemu, który wręcz domaga się takich postaci.

Scenografia (autorstwa Wojciecha Stefaniaka) podczas spektaklu zmieniała się jak kalejdoskop nastrojów. Raz trafialiśmy do biura Dyzmy, gdzie przestrzeń była chłodna i uporządkowana jak teczki z cudzymi ambicjami. Innym razem przenosiliśmy się do ogrodu Ponimirskich, który wyglądał jak pocztówka z życia wyższych sfer – pełen pozornej lekkości i starannie wyreżyserowanego spokoju. Bywało też, że scena zamieniała się w pałac lub firmowy bankiet, gdzie przepych mieszał się z pustką rozmów, a błysk świateł odbijał się w twarzach spragnionych sukcesu. Co ciekawe, jedne przestrzenie były bogatsze od innych, ale nie sprawiało to, że jakakolwiek scena traciła na sile. Nawet wtedy, gdy scenografia ograniczała się jedynie do stołu i krzesła w biurze, wszystko było pełne znaczeń. Każda przestrzeń miała własny ciężar, własny rytm i własną ciszę między słowami. Minimalizm potrafił tu mówić równie głośno jak pałacowe wnętrza. Scenografia działała jak tło snu, który nieustannie zmienia dekoracje, ale zachowuje ten sam niepokojący klimat. Była groteskowa w swojej zmienności – raz wystawna jak tort z lukrem, raz surowa jak pusty korytarz – a jednak zawsze spójna. Dzięki temu każda scena, niezależnie od ilości rekwizytów, pozostawała równie intensywna i bogata w emocje. Bo w tym spektaklu to nie przedmioty budowały napięcie, lecz ludzie, ich spojrzenia i milczenie.

Kostiumy (Sylwester Krupiński) w spektaklu były zaskakująco realistyczne. Nie przypominały typowych teatralnych przebrań, nie krzyczały formą ani kolorem. Były codzienne, niemal zwyczajne, jakby aktorzy zeszli prosto z ulicy na scenę. Kostiumy działały jak lustro, w którym widz mógł dostrzec samego siebie.
Natomiast muzyka (Łukasz Matuszczyk) jest w tej sztuce subtelnym przewodnikiem po emocjach. Nie dominuje nad sceną, lecz delikatnie oplata ją jak niewidzialna mgła. W niektórych momentach podkreśla napięcie, w innych pozwala wybrzmieć ciszy. Towarzyszy bohaterom niczym drugi narrator, komentując wydarzenia bez użycia słów. Brzmi raz ironicznie, raz melancholijnie, a czasem niepokojąco spokojnie, jak bicie serca ukryte pod podłogą sceny. Dzięki temu połączeniu scenografii, kostiumów i muzyki spektakl zyskał dodatkowy wymiar. Wszystko stawało się bardziej prawdziwe, bardziej dotykalne. Jakby rzeczywistość została lekko skrzywiona, podana w groteskowym zwierciadle, ale nadal boleśnie znajoma. To właśnie ta mieszanka zwyczajności i teatralnej intensywności sprawiała, że trudno było od tej historii oderwać wzrok.

Spektakl zaczyna się jak elegancki żart, który szybko okazuje się ponurą przepowiednią. Biznesowo – polityczne przyjęcie lśni od kieliszków szampana, sztucznych uśmiechów i rozmów, które brzmią mądrze tylko dlatego, że są wypowiadane pewnym głosem. Ludzie jedzą, piją, bawią się, krążąc po scenie jak dobrze naoliwiona maszyna do tworzenia pozorów. Wszystko wygląda bezpiecznie, niemal przyjemnie. W ten świat dosłownie wpada Nikodem Dyzma (Wojciech Rogowski) i psuje go jednym wybuchem złości. Gdy wścieka się na jednego z mężczyzn, zamiast oburzenia pojawia się aplauz. Publiczność salonowa wiwatuje, jakby właśnie została wybawiona od czegoś uciążliwego. Jego gniew zostaje uznany za odwagę, a zwykły wybuch choleryka za dowód siły charakteru i przenikliwości. Nikt nie pyta, dlaczego krzyczy. Ważne, że krzyczy wystarczająco pewnie. Od tej chwili wszystko zaczyna się kręcić jak karuzela, w której śmiech miesza się z chaosem, a nic nie jest na swoim miejscu. Zwykły choleryk nagle uchodzi za kogoś „ważnego”, jakby jego gniew był złotym medalem przyznawanym przez los. Im bardziej wybucha, tym więcej głębi dopisuje mu otoczenie. Jakby każdy krzyk był tajemnym zaklęciem, które zmienia chaos w geniusz. Cała scena jest groteskowa jak mrówka w cylindrze tańcząca walca – zabawna, dziwna i trochę niepokojąca zarazem. Wystarczy głośno się odezwać i pokazać pewność siebie, a nagle wszyscy traktują cię jak kogoś, kto wie lepiej. Resztę dopowiada zachwycone towarzystwo, które wpatruje się, jakby właśnie zobaczyło hipopotama grającego na skrzypcach.

Nikodem Dyzma (w tej roli Wojciech Rogowski) to człowiek, który wygląda jakby zgubił własny rozum w garderobie życia i nigdy go nie odzyskał. Udaje kogoś, kim nie jest, przytakuje wszystkim, by inni myśleli, że ma głębię i mądrość, a tak naprawdę jego głowa jest jak pusta filiżanka – tylko pozornie pełna. Porusza się po świecie biznesu jak marionetka, za sznurki której pociągają: przypadki, szczęście i zachwycone spojrzenia innych ludzi. W tym całym absurdzie kryje się ironia jego postaci. Pokazuje prawdę o świecie w najdziwniejszy możliwy sposób. Nie trzeba wiedzieć niczego, by wspiąć się na szczyt – wystarczy dobrze udawać, mówić pewnym głosem i uśmiechać się w odpowiednich momentach. Ludzie chcą widzieć w innych odbicie własnych pragnień, dlatego Dyzma staje się dla nich lustrem ich ambicji, nadziei i złudzeń. W tej grotesce kryje się cały urok jego postaci – bo świat, który pokazuje, jest równie absurdalny jak on sam, a my patrzymy, śmiejemy się, i mimo wszystko przyklaskujemy.

Kolejną postacią, która naprawdę mnie wciągnęła, była pasierbica Niny – Kasia, grana przez Adriannę Jendroszek. Postać grana przez aktorkę chodziła po scenie jak kot na wysokich obcasach – zwinna, złośliwa i zawsze gotowa do ataku, a jednocześnie zupełnie niezależna. Jej sarkazm i feministyczna energia błyszczały w każdej scenie jak ostre szpile w tafli szkła świata, w którym kobiety wciąż próbują udowadniać swoją wartość przez aprobatę mężczyzn. Dziewczyna była jak ziarno buntu wsadzone w ogród pełen konwenansów – nie mieściła się w żadnym szablonie, a każdy jej gest i ironiczna uwaga było jak małe trzęsienie ziemi w świecie, który próbował ją zamknąć w pudełku grzecznej dziewczynki. To sprawiało, że była postacią nie tylko ciekawą, ale też groteskowo prawdziwą – taką, która zostaje w głowie na długo po opuszczeniu sceny. Kasia pokazuje, że siła nie zawsze polega na zajmowaniu wysokich stanowisk czy podążaniu za tłumem. Czasem wystarczy pozostać sobą w świecie, który próbuje cię zamknąć w schemacie. Jej postawa przypomina, że prawdziwa władza nie wymaga aprobaty innych. I to właśnie dlatego do niej najbardziej mnie ciągnęło – ta siła, ten brak strachu, co inni powiedzą. Była jak ptak, który zamiast bezpiecznie siedzieć w klatce cudzych oczekiwań, wybiera lot nad miastem pełnym hałasu i pozorów. W każdej jej ironicznej uwadze i w każdym spojrzeniu kryła się cicha rewolucja – drobny gest sprzeciwu wobec świata, który zbyt często nagradza uległość. Obserwowanie Kasi było jak patrzenie na kogoś, kto świadomie chodzi pod prąd, nie oglądając się za siebie.

Żorż Ponimirski (grany przez Kajetana Bartosika) był postacią osobliwą, jakby wyjętą z marginesu rzeczywistości i wklejoną prosto w środek salonu. Dla wszystkich był „wariatem”. Tym, którego lepiej omijać wzrokiem. Rozmawiał ze swoim psem, który towarzyszył mu niemal nieustannie, jak milczący świadek jego myśli. Jego zachowanie było chaotyczne, nerwowe, pełne nagłych wybuchów, niczym w zegarze z połamanymi wskazówkami. Moment, w którym zagroził Dyzmie śmiercią, ostatecznie potwierdził jego niestabilność. A jednak paradoks polega na tym, że właśnie on wydaje się być jedyną prawdziwą i szczerą postacią w spektaklu. Żorż nie daje się zahipnotyzować pustą charyzmą Nikodema Dyzmy. Nie klaszcze. Nie potakuje. Od początku nazywa rzeczy po imieniu, bez eleganckich opakowań i towarzyskich filtrów. Gdy nazwał głównego bohatera „idiotą”, trafił w punkt, jakby widział więcej niż wszyscy zgromadzeni razem wzięci. Żorż, ze swoim szaleństwem, okazał się bardziej przenikliwy niż cała galeria dobrze ubranych i uśmiechniętych pochlebców. Był jak krzywe lustro ustawione w kącie sali. Nikt nie chce w nie patrzeć, bo pokazuje prawdę zbyt bezpośrednio. Ta postać uświadamia, że czasem „wariat” jest tylko tym, który nie nauczył się kłamać w elegancki sposób.

Ostatnią postacią spośród tych, które najmocniej przykuły moją uwagę jest Nina

Ponimirska (grana przez Żanettę Gruszczyńską-Ogonowską). Nina to bohaterka utkana z melancholii spojrzeń i cichych decyzji, które ważą więcej niż krzyk. Niosła w sobie smutek elegancki, taki, który nie robił hałasu, tylko osiadał na ramionach jak kurz po długim życiu pełnym cudzych oczekiwań. Poświęciła własne szczęście, by sprawić radość ojcu. Wyszła za mężczyznę, z którym nie łączyło jej nic poza nazwiskiem i społeczną umową. Jej życie przypominało piękną klatkę: złote pręty, miękkie dywany, a w środku serce, które powoli uczy się milczenia. Nina staje się dla mnie symbolem rezygnacji ubranej w dobre maniery. Kobietą, która nauczyła się składać swoje pragnienia jak listy, których nigdy nie wyśle. Jej wrażliwość jest jak cienka porcelana, krucha, ale pełna ukrytej siły. Każdy jej gest ma w sobie ciężar niewypowiedzianych słów, każde spojrzenie przypomina pytanie bez odpowiedzi. Jest jak cień rzucany przez cudze marzenia. Jak echo decyzji, których nigdy nie podjęła dla siebie. Nina pokazuje, jak łatwo można zgubić siebie, spełniając oczekiwania innych. Jak szybko bycie dobrą córką zamienia się w bycie obcą we własnym życiu. Jej postać jest cichym krzykiem wszystkich tych, którzy nauczyli się żyć dla innych, zapominając, że też mają prawo do szczęścia. I to było w niej najbardziej autentyczne.

„Kariera Nikodema Dyzmy” w reżyserii Pawła Szkotaka nie kończy się wraz z ostatnią sceną. Ten spektakl wychodzi z widzem z teatru, siada obok niego w autobusie, patrzy mu przez ramię w telefon. Zostaje pod skórą jak niewygodne pytanie.

To nie jest tylko opowieść o jednym człowieku, który zrobił karierę dzięki przypadkowi i bezczelności. To historia o świecie, który zbyt łatwo myli głośność z mądrością, pewność siebie z kompetencją, a pozory z prawdą. O ludziach, którzy wolą wierzyć w wykreowaną legendę niż spojrzeć komuś naprawdę w oczy. Wyszłam z teatru z poczuciem, że Dyzma nie jest postacią z książki ani ze sceny. Dyzma żyje. Ma różne twarze, różne garnitury i różne konta w mediach społecznościowych. A my, chcąc nie chcąc, czasem gramy w jego spektaklu role statystów.
Koszalińskie przedstawienie w reżyserii Pawła Szkotaka – i to jest jego największa siła – nie daje gotowych odpowiedzi. Ono stawia lustro. Krzywe, groteskowe, ale boleśnie szczere. I może właśnie dlatego jest tak ważne.

Karolina Więckowska, Zespół Szkół nr 1 im. Mikołaja Kopernika w Koszalinie

Oszuści wokół nas?

Spektakl „Kariera Nikodema Dyzmy” w reżyserii Pawła Szkotaka to historia opisująca – zgodnie z tytułową sugestią – rozwój kariery niejakiego Dyzmy – prostaka, karierowicza i oportunisty, który wykorzystując swój spryt i szczęście dostaje się na sam szczyt drabiny społecznej.


Według mnie sztuka jest genialną satyrą piętnującą i zwracającą uwagę na fakt, że do władzy dochodzą ludzie pozbawieni jakichkolwiek kompetencji do jej sprawowania.
Domniemany czas akcji sztuki, w świecie zbudowanym przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, autora książki o tym samym tytule co spektakl, to lata 30. ubiegłego wieku. Tu ukłony w stronę autora scenografii Wojciecha Stefaniaka, który świetnie oddał klimat tamtych czasów: drewniane, ciężkie, nierzadko zdobione meble sprawiają, ze naprawdę można poczuć tamten klimat, co odpowiada moim gustom. Nic dziwnego, że z ogromną przyjemnością obserwowałam aktorów odgrywających swoje role w tak pięknie urządzonej scenerii. Podobnie jest z kostiumami (Sylwester Krupiński): garnitury panów, długie i smukłe suknie pań… Majstersztyk!
Ścieżka dźwiękowa autorstwa Łukasza Matuszyka zapadła mi w pamięci głównie przez nietuzinkowy początek spektaklu. Bohaterowie wykonywali jednocześnie skomplikowany układ choreograficzny (autorstwa Iwony Runowskiej) w rytm nietuzinkowej muzyki, jednocześnie dialogując ze sobą. Nigdy wcześniej nie spotkałam się ani z takim zabiegiem reżyserskim, ani z tak nietypową muzyką. Całość – przyznaję – wprawiła mnie w zakłopotanie i zamiast skoncentrować się na słowach padających z ust aktorów skupiłam się na rozszyfrowaniu sytuacji mającej miejsce na scenie. Muszę jednak powiedzieć, że taki niecodzienny początek sztuki wzbudził moje ogromne zainteresowanie i sprawił, że moja uwaga do końca tego długiego spektaklu była skierowana na to, co dzieje się na scenie. Chciałabym też bardzo docenić wykonanie piosenek przez Beatę Niedzielę, Olgę Mleczko i Żanettę Gruszczyńską – Ogonowską. Mimo, że same melodie nie były w moim guście, to aktorki zaśpiewały je w sposób niesamowity, wywołując u mnie gęsią skórkę.
Jeśli chodzi o wybór obsady – wielkie brawa należą się reżyserowi Pawłowi Szkotakowi. Reżyser doskonale wiedział co robi. Aktorki i aktorzy zostali dobrani wręcz perfekcyjnie do swoich ról. Nie chciałabym nikogo wyróżniać, bo cała dziesięcioosobowa obsada spisała się na medal. Byłam zachwycona grą wszystkich koszalińskich aktorów.
Cieszę się, że obejrzałam ten spektakl, sprawił on, że zwróciłam uwagę na kwestie, które wcześniej miały dla mnie znaczenie marginalne.
Co w tej historii sprawiło, że zaczęłam rozmyślać? To, że główny bohater mimo braku wiedzy, braku kompetencji, braku czegokolwiek zdobywa tak wysoką pozycję społeczną, kto wie, być może zostaje nawet premierem…


To skłania mnie do myślenia i jednocześnie martwi, jaką mamy pewność, że ludzie sprawujący władzę, liderzy państw, ci, którzy jednym podpisem mogą przypieczętować los milionów osób, nie są kopiami Nikodema Dyzmy?

Skąd wiadomo, że nie dostali się na szczyt kłamstwem, podstępem i tym, że sprzyjało im szczęście w drodze na górę?
Właśnie do takich rozważań skłania spektakl, dlatego gorąco go polecam, ponieważ dzięki niemu jest bardziej świadoma.
A jednocześnie oglądając „Karierę Nikodema Dyzmy” w BTD naprawdę świetnie się bawiłam!

Natalia Zganiacz, II Liceum Ogólnokształcące im. Władysława Broniewskiego w Koszalinie

Krętacz, jakich mało

Udając się na ten jedyne co wiedziałam to : a) jest długi, b) jestem na tyle zmęczona tego dnia, że jest szansa iż usnę, c) nie wiem czego się spodziewać.
Kto by pomyślał, że historia o mężczyźnie, który zupełnym przypadkiem i przy pomocy szczęścia wspiął się na sam szczyt, tak bardzo mi się spodoba? Samo to, że autor książki, na podstawie której powstał spektakl (Tadeusz Dołęga-Mostowicz) w swój tekst wplątywał politykę lat 30. XX wieku, szydząc z niej i ją ośmieszając jeszcze bardziej mnie bawi.
Jak każdy spektakl, koszalińska „Kariera…” ma swoje plusy i minusy. Zacznę od minusów, ponieważ jest ich niewiele. Spektakl jest długi, trwa około 160 minut na całe szczęście z 15 minutową przerwą, ale i tak jest to trochę męczące. Na scenie gra dziesięć osób, z których dziewięć gra kilka różnych postaci. Czasami ciężko mi się było połapać kto kim tak naprawdę jest. Ale cóż… Nikodem Dyzma to ciekawy człowiek, u którego po prostu „się dzieje”.

A teraz plusy. A tych jest mnóstwo.
Zacznę od aktorów. Nie może zacząć inaczej niż od Wojciecha Rogowskiego, czyli tytułowego Nikodema Dyzmy. Absolutnie skradł show i świetnie zagrał cwaniaka o duszy oszusta, który dzięki swojemu sprytowi z bezrobotnego człowieka stał się kimś ważnym. Absolutnie najzabawniejszy na scenie, a jego krótkie komentarze do widowni sprawiały, że wszyscy wybuchali śmiechem, a ja z nimi.

Piotr Krótki jako Kunicki również spisał się świetnie, a słowa „Królu złoty” za każdym razem wydawały się coraz zabawniejsze. W niesamowity sposób pokazał postać chytrego i przebiegłego człowieka, który dba tylko o swoje dobro.

Z każdym kolejnym spektaklem, który mam okazję oglądać w BTD coraz bardziej przekonuje się, że Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska to niesamowita kobieta o niepowtarzalnym talencie. Umie pokazać zarówno kruchą wrażliwość jak i mroczniejsze strony odgrywanych przez siebie postaci, a jej „chemia” w scenach z Adrianną Jendroszek w „Dyzmie” jest absolutnie wybitna. Te dwie kobiety namieszały mi w głowie i wciąż odtwarzam ich wspólne sceny w pamięci. Adriannie Jendroszek odgrywającej uszczypliwą dziewczynę udało się zirytować nawet mnie, co oznacza, że idealnie odegrała swoja rolę.

Beata Niedziela. Czy potrzeba więcej słów? Absolutnie genialna aktorka, a jej głos sprawia, że czuję się jakby cały świat naokoło zniknął. Jestem też pod wielkim wrażeniem jak świetnie potrafi zmieniać swój charakter na scenie w przeciągu kilku sekund!

Marcina Tomaszewskiego zdaje się, widziałam na scenie po raz pierwszy. Na początku nie byłam przekonana co sądzę na jego temat ale z czasem coraz bardziej mi się podobał. A moment, w którym bierze mikrofon i zaczyna śpiewać „rozłożył mnie na łopatki”.

Kajetana Bartosika również widziałam po raz pierwszy. Nie wiem dlaczego, ale absolutnie urzekło mnie jego „animowanie” postaci psa. Z chęcią zobaczę go w kolejnych spektaklach, które będę recenzowała.

Jacek Zdrojewski mimo (moim zdaniem) za małej ilości czasu na scenie poradził sobie świetnie. Również bardzo dobrze wychodzą mu zmiany postaci, w które się wciela. Jest mi przykro, że nie mogłam go widzieć choć trochę dłużej.

Niestety jeszcze krócej widzimy Karola Czarnowicza, którego absolutnie uwielbiam, szkoda że nie miał szansy wykazać się w większej ilości scen.

Z przykrością stwierdzam, że Olgę Mleczko zauważyłam tylko w zbiorowych scenach, w których i tak nie dostała znaczącego tekstu. Wielka szkoda.

Scenografia wykonana przez Wojciecha Stefaniaka to bardzo dobrze przemyślane rozwiązanie problemu szybko zmieniających się scen. Bardzo podobało mi się też rozmieszczenie mebli i ich szybkie „pozbywanie się” między scenami.

Sylwester Krupiński zajmujący się kostiumami – powiem potocznie – „odwalił kawał dobrej roboty”. Najbardziej zapadły mi w pamięć stroje dam z ’’Klubu OAZA”. Są to absolutnie przepiękne sukienki idealnie pokazujące klimat tamtego miejsca i czasu. Każdy kostium pasował też do charakteru postaci, a to wielka sztuka.

Łukasz Matuszyk skomponował muzykę oddającą klimat miejsc akcji dzięki czemu przejścia między dwoma scenami wydawały się płynniejsze.

Choreografia stworzona przez Iwonę Runowską była, choć krótka, to bardzo przyjemna dla oka.

Dzięki projekcjom wideo stworzonym przez Hektora Weriosa aż tak bardzo się nie gubiłam między zmianami miejsc akcji, za co jestem mu bardzo wdzięczna.

Moim zdaniem warto pójść na ten spektakl żeby miło spędzić czas, pośmiać się i poczuć się trochę… niedorzecznie. Co prawda spędzenie trzech godzin w teatrze może wydawać się męczące, ale satysfakcja po zobaczeniu „Dyzmy” w reżyserii Pawła Szkotaka to w pełni wynagradza.

Miłosz Gutowski, II Liceum Ogólnokształcące im. Władysława Broniewskiego w Koszalinie

Od zera do premiera

Dziennikarz (a później pisarz) krytykujący publicznie ówczesne władze zostaje napadnięty i pobity. Wydaje powieść, której dwa odcinki zostają skonfiskowane przez cenzurę. Przyczynia się to do ogromnej popularności książki, która odczytywana jest jako satyra władzę. Brzmi jak zmyślona historia? Niestety, tak naprawdę to bardzo skrócona wersja historii powstania „Kariery Nikodema Dyzmy” autorstwa Tadeusza Dołęgi-Mostowicza – dzieła tak popularnego, że na jego podstawie nakręcono kilka filmów, utworzono seriale radiowe oraz telewizyjne i wystawiono masę sztuk teatralnych. A nawet, sześćdziesiąt lat po premierze powieści, zaczęto pisać jej kontynuację. Nie będę „owijał w bawełnę” – nie miałem do czynienia z żadną z tych produkcji. Nie czytałem książek oraz nie oglądałem filmów o Nikodemie Dyzmie, więc do koszalińskiego Bałtyckiego Teatru Dramatycznego na spektakl w reżyserii Pawła Szkotaka wybrałem się z „otwartą głową”, znając tylko ogólny zarys fabuły. 

Przedstawienie rozpoczyna się przyzwoitą choreografią (stworzoną przez Iwonę Runowską), która znakomicie „wprowadza” głównych bohaterów. Wiemy już czym się zajmują, jakie są ich motywacje i jakimi cechami charakteru się odznaczają. Początkowo nie byłem pozytywnie nastawiony do gry aktorów, ale mieli oni wystarczająco dużo czasu, żeby udowodnić mi, że jednak się mylę. No i udało im się. Wojciech Rogowski wypada bardzo dobrze w tytułowej roli. Świetnie kreuje postać pnącego się na szczyt oszusta, który pod wpływem pieniędzy i sukcesów zawodowych uwidacznia swoje najgorsze cechy. Ostatecznie jest jeszcze nadzieja, że Dyzma przemyślał błędy popełnione przez siebie oraz dokonał jakiejś autorefleksji wahając się nad przyjęciem posady w ostatniej scenie… Kto wie? Gra aktorska Wojciecha Rogowskiego sprawia również, że główny bohater jest tym najzabawniejszym. Urzekła mnie jego interakcja z psem Brutusem, fenomenalny taniec i ruch sceniczny podczas utworu „Nikodem” oraz kilka innych żartów słownych czy sytuacyjnych, wynikających także z pewnego poczucia wyższości Dyzmy nad pozostałymi postaciami w drugiej części spektaklu. W jednej ze scen zaczyna grać na mandolinie, co od razu wywołało u mnie skojarzenia z Papkinem, bohaterem „Zemsty” Aleksandra Fredry. Po chwili zastanowienia, dochodzę nawet do wniosku, że obaj panowie mają ze sobą coś wspólnego – między innymi łatwo przychodzi im kłamać na temat swoich zasług, ale także są postaciami komicznymi i według mnie wygrywają pod tym względem z pozostałymi bohaterami z książki / spektaklu.

Jeśli chodzi o pozostałe aktorki i aktorów – to siłą rzeczy krążą oni tylko po orbicie wyznaczonej przez W. Rogowskiego. Ale zaznaczam – świetnie wykonują swoją pracę. Na wyróżnienie zasługuje na pewno znakomita Beata Niedziela wcielająca się w kilka bohaterek – między innymi Hrabinę Przełęską oraz Mańkę Barcik. W tej drugiej roli wypada dla mnie najbardziej przekonująco. Warto wspomnieć także o Marcinie Tomaszewskim, który doskonale poradził sobie w roli cwaniaka i oszusta Zygmunta Krzepickiego. Nie mogę też zapomnieć o aktorkach i aktorach odpowiedzialnych za wspaniałe solowe wykonania piosenek. Oprócz dwóch wymienionych już przeze mnie, są to jeszcze: Olga Mleczko oraz Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska. Chwilami myślałem, że mam do czynienia z playbackiem dopóki nie dostrzegłem umocowanych dyskretnie mikroportów. Genialnie zaśpiewane utwory! W tym miejscu gratuluję całej ekipie aktorskiej, która zaprezentowała równy, co najmniej przyzwoity poziom, a świadczy o tym to, że nawet nie mogę znaleźć chociażby jednego aktora, którego mógłbym szczerze skrytykować. Wielkie brawa!

Przejdę teraz do samej historii, która opowiedziana jest na tyle szybko, na ile się dało (a przynajmniej wierzę, że tak było) i w bardzo przystępny sposób zachowując przy tym sens oraz uniwersalne przesłanie powieści. Ja interpretuję ją jako nieokreśloną czasowo satyrę na kolesiostwo oraz łatwowierność społeczeństwa (co w dosadny sposób ukazane jest głównie w ostatniej scenie), ale fabuła dotyka także tematu władzy oraz pieniędzy i tego, jaki te ostatnie mogą mieć wpływ na człowieka. W przypadku Dyzmy uwidaczniają jego najgorsze cechy: pychę, arogancję, poczucie wyższości, obłudę, co w spektaklu przyczynia się do powstania scen, które naprawdę poruszają i wywołują niekoniecznie pozytywne emocje. Ale każdy z nas może, mając odrobinę szczęścia zostać wystawiony na taką samą próbę jak Nikodem i wtedy tylko od nas zależy, co zrobimy. Sztuka świetnie pokazuje jak dużo zależy od siły charakteru człowieka.


I chociaż koszaliński „Dyzma” jest opisywany na stronie Teatru jako komedia, to szczerze powiem, że uśmiechnąłem się tylko kilka razy – zwłaszcza w scenach z z psem Brutusem.
Natomiast adekwatna do rodzaju przedstawienia była na pewno świetna muzyka (Łukasz Matuszyk): radosna, pogodna, trochę w stylu sitcomowych seriali oraz przede wszystkim po prostu fajna. W całym spektaklu mamy także 6 piosenek (jedną wykonaną dwa razy), które dobrane były doskonale. Pasowały do historii, a przez tekst ukazywały wewnętrzne przeżycia bohaterów. Tu chciałbym zaznaczyć, że bardzo szanuję twórców spektaklu za hołd oddany Eugeniuszowi Bodo. Aktor miał wcielić się w rolę Nikodema Dyzmy w pierwszej ekranizacji powieści, jednak, z powodu śmierci artysty w trakcie działań wojennych ten projekt ten nie został zrealizowany. Tymczasem, na koszalińskiej scenie wybrzmiało kilka utworów wykonywanych w oryginale przez legendarnego twórcę. Nie mam pojęcia czy zrobiono to celowo, ale i tak bardzo szanuję tę decyzję i dziękuję za to nawiązanie.

Nieodłącznymi elementami przedstawienia są także scenografia Wojciecha Stefaniaka oraz kostiumy stworzone przez Sylwestra Krupińskiego. Ta pierwsza, pomimo tego, że nie jest mocno efektowna, to, przede wszystkim, jest funkcjonalna – umożliwia szybką zmianę lokalizacji. Ułatwiają te zmiany również wizualizacje autorstwa Hektora Weriosa, świetnie wkomponowujące się w spektakl. Najbardziej szanuję autora za stworzenie tych trzech, na których widzimy aktorów, ponieważ wymagało to ich wcześniejszego sfilmowania. Bardzo podobały mi się kostiumy, a szczególnie doceniam to, że wszyscy poza głównym aktorem wcielali się w kilka ról i widzimy ich na scenie w więcej niż jednej stylizacji (szczególnie wielkie brawa za stroje stworzone dla postaci Kasi – w tej roli Adrianna Jendroszek).

Nie mogę zapomnieć o choreografii, której twórcą jest Iwona Runowska. To ona zaczyna oraz kończy spektakl i robi to bardzo dobrze, chociaż większy podziw wzbudził we mnie znakomicie dopracowany ruch sceniczny. Aktorzy prawie cały czas są w ruchu, a kiedy stoją z jednej strony sceny, po drugiej i tak coś się dzieje. Może to lekko dekoncentrować i odwracać uwagę od dialogów, ale jestem zdania, że był to bardzo udany pomysł.

Jeśli szukacie Państwo czegoś, co na prawie trzy godziny sprawi, że zapomnicie o własnych problemach i wszystkich rzeczach do zrobienia, to śmiało możecie wybrać się na spektakl Bałtyckiego Teatru Dramatycznego im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie pod tytułem „Kariera Nikodema Dyzmy”.
Pomimo tego, że jak dla mnie to nie do końca komedia i mamy tutaj do czynienia z otwartym zakończeniem (za którymi nie przepadam), to całość ogląda się bez chwili nudy. Jedna uwaga. Kupując bilety zastanówcie się Państwo jednak czy na pewno chcecie usiąść w pierwszych rzędach. O co chodzi? A mianowicie, zapach dymu unoszącego się ze scenicznego papierosów może powodować lekki dyskomfort, natomiast są tylko dwie takie sceny i spokojnie można wytrzymać tę – jakże nieprzyjemną dla osoby niepalącej – woń.

Kariera Nikodema Dyzmy” to po prostu spektakl dobry – skłania do refleksji, potrafi rozweselić, a każdy jego aspekt jest dopracowany. Ważne jest na pewno to, że twórcom udało się nie zanudzić widza podczas przedstawienia trwającego tyle czasu. Osoby będące fanami przygód tytułowego bohatera na pewno nie będą rozczarowane tą odsłoną Nikodema Dyzmy, a ci, którzy nie mieli wcześniej styczności z tą postacią (tak, jak ja) raczej nie poczują, że zmarnowali trzy godziny swojego życia. Zachęcam do wybrania się do BTD i wyrobienia własnego zdania na temat tego spektaklu.

Joanna Rybczyńska, I Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Dubois w Koszalinie

Genialne dzieło przypadku?

Czy życiem ludzkim rządzi przypadek? Czy każda podjęta decyzja warunkuje nasze dalsze losy? A może to wszystko zależy od trafu, który „przejmuje kontrolę” i zmienia tor wydarzeń? Do takich refleksji na temat ludzkiej egzystencji może nakłonić nas książka „Kariera Nikodema Dyzmy” autorstwa Tadeusza Dołęgi – Mostowicza wydana w 1932 r. Dzieło obnażyło mechanizm „pustej” elity oraz tzw. salonu, który bez cienia podejrzeń wpuścił do swojego życia kłamcę i… szczęściarza. Powieść satyryczna okazała się bestsellerem w okresie dwudziestolecia międzywojennego, a sam autor cieszył się ogromną popularnością. W 1980 r. światło dzienne ujrzała niestandardowa forma tego dzieła – historię Nikodema Dyzmy ukazano w serialu telewizyjnym w reżyserii Jana Rybkowskiego i Marka Nowickiego. Ekranizacja książki Dołęgi – Mostowicza również zyskała ogromną publiczność. Choć od premiery lektury minęło niespełna 100 lat, miałam niedawno przyjemność zapoznać się z losami Nikodema Dyzmy przedstawionymi na teatralnych deskach BTD, w reżyserii Pawła Szkotaka. Spektakl niesamowicie mnie rozbawił, ale również pozostawił pytanie: Czy to wszystko było jedynie przypadkiem?

Początek spektaklu był dla mnie szczególnie intrygujący: teatralne deski wypełniło jasne światło skupione w centralnej części sceny. Wśród bohaterów przed szereg wyłania się Nikodem Dyzma (Wojciech Rogowski), który jako jedyny gubi się w otwierającym spektakl układzie choreograficznym (stworzonym przez Iwonę Runowską). Pozostali aktorzy są ze sobą niesamowicie zgrani, a ich ruchy są niebywale zgrabne i zdecydowane. Postacie krytykują Dyzmę, zwracają uwagę na jego niewielkie osiągnięcia i wyśmiewają zachowanie, a sam Nikodem sprawia wrażenie nieco zawstydzonego mężczyzny. Po tych wydarzeniach, główny bohater odnajduje zgubione na ulicy zaproszenie na uroczysty bankiet, co uznaje za ogromną szansę na zmianę swojego dotychczasowego życia. Muszę przyznać, że bardzo rozbawiło mnie zachowanie Nikodema na wykwintnym spotkaniu, podczas którego „na bieżąco” kreował własną osobowość. Bohater, przyglądając się pozostałym gościom, starał się przedstawić się jako człowiek wysoko postawiony i obeznany w sprawach gospodarki i polityki państwa, kompletnie się na tym nie znając. W tym miejscu pragnę złożyć szczególnego gratulacje Wojciechowi Rogowskiemu za tak fenomenalne odegranie roli. Aktor tak perfekcyjnie oddał charakter bohatera, że momentami zastanawiałam się, czy naprawdę wciąż obserwuję tylko teatralną scenę. Podczas bankietu dochodzi do ostrej wymiany zdań między Nikodemem a posłem Terkowskim (Kajetan Bartosik), czym Dyzma bardzo imponuje pozostałym gościom. Tym samym, bohater zostaje przyjęty do prawdziwej elity i bez szczególnych umiejętności wspina się po szczeblach kariery.

Pragnę zwrócić szczególną uwagę na postać Żorża Ponimirskiego (Kajetan Bartosik). W genialny sposób oddał charakter i zachowanie tego komicznego bohatera. Zdecydowanie moją ulubioną sceną była rozmowa Nikodema Dyzmy z Żorżem, który trzymając w rękach swojego uroczego pupila w przezabawny sposób zagłuszał rozmówcę udając szczekanie psa.

Za jeden z najciekawszych aspektów spektaklu uznaję kostiumy zaprojektowane przez Sylwestra Krupińskiego. Kreacje były wręcz perfekcyjnie dopasowane do każdej postaci. Największe wrażenie wywarły na mnie stylizacje kobiet w barze: barwne sukienki pełne cekinów oraz wysokie buty idealnie pasowały do wszystkich aktorek. Błyszczące elementy kreacji sprawiły, że scena stała się dla mnie w pewien sposób „magiczna”. Stylizacje aktorek dopełniały scenerię klubu w gwieździsty wieczór. Ogromne wrażenie wywarły na mnie także kostiumy postaci w scenie uroczystego bankietu. Długie suknie oraz eleganckie marynarki podkreśliły wykwintny charakter spotkania.

Warto zwrócić również uwagę na scenografię zaprojektowaną przez Wojciecha Stefaniaka. Tło wydarzeń w wielu scenach było wręcz przepełnione przez meble oraz dekoracje. Szczególnie zapadła mi w pamięć sceneria warszawskiego baru „Oaza”. Całą scenę wypełniły fioletowe światła reflektorów oraz szyldu lokalu. Po obu stronach scenografii znajdowały się wysokie konstrukcje w odcieniach różu i czerwieni, co sprawiało, że scenę i widownię zalały wręcz wielobarwne światła.

Podczas spektaklu mogliśmy usłyszeć podkład muzyczny skomponowany przez Łukasza Matuszyka. Muzyka jest dla mnie szczególnie ważnym elementem każdego spektaklu, jednak w przypadku „Kariery Nikodema Dyzmy” nieco mi jej zabrakło. Według mnie, utwory muzyczne odgrywały zbyt małą rolę w tle wydarzeń. Najbardziej jednak zapadła mi w pamięć piosenka „Ta mała piła dziś” (przedwojenny szlagier wykonywany w oryginale przez Zulę Pogorzelską), w świetnej aranżacji Matuszczyka i w brawurowym wykonaniu Olgi Mleczko. Utwór był niezwykle ekspresyjny i przepełniony energią, dzięki czemu piosenka pozostanie na długo w mojej pamięci.

Spektakl „Kariera Nikodema Dyzmy” w reżyserii Pawła Szkotaka uważam za wart obejrzenia. Cała historia została przedstawiona w bardzo ciekawy i intrygujący sposób, a momentami sztuka wręcz rozbawiła mnie do łez. Szczególnie spodobało mi się zachowanie przez aktorów kontaktu z widownią w formie zadawania retorycznych pytań i ironicznych, krótkich odpowiedzi. Według mnie, w ten sposób widz może jeszcze mocniej wczuć się w przedstawione wydarzenia. Pomimo upływu wielu lat od premiery książki Tadeusza Dołęgi- Mostowicza, historia Nikodema Dyzmy zachowuje idealną równowagę między poważnym wpływem przypadkowego człowieka na losy państwa, a przezabawną kreacją osoby kompletnie pozbawionej umiejętności i kompetencji.

Zofia Grundkowska, I Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Dubois w Koszalinie

Drań bez serca

Historia od zera do milionera. Któż z nas ich nie lubi? Kiedy dodamy do tego motyw szczęścia, sukcesów bez pracy, to chyba nie ma takiej osoby, która nie skusiła by się na taką wizję własnego życia…

Spektakl opowiada o losach Nikodema Dyzmy (w tej roli Wojciech Rogowski), który przez przypadek trafia na salony, gdzie dzięki zbiegom okoliczności zyskuje poklask tzw. towarzystwa, co z kolei pozwala mu zrobić fenomenalną karierę.
Lecz kim jest Nikodem? Oszałamiającym człowiekiem z niewiarygodną wiedzą, zdolnościami, zasadami moralnymi? Otóż nie, nie jest nikim wybitnym, to zwykły drań bez serca. Bawi się, kombinuje, korzysta z okazji, manipuluje, kłamie, gra bez skrupułów, nie cofnie się przed niczym – nawet przed morderstwem.

Moją szczególną uwagę zwróciła Beata Niedziela w podwójnej roli Mańki i hrabiny Przełęskiej. Charyzma, precyzja, dążenie do perfekcji – tak opisałabym jej grę aktorską.

Tematy trudne wypierane często przez ludzi, a przedstawione w tym spektaklu zmuszają do przemyśleń. Gdy zastanawiamy się i odczuwamy to co dzieje się na scenie, zmusza nas to do przykrych, brutalnie prawdziwych refleksji na temat świata w którym żyjemy- to musi rodzić w nas smutek.

Spektakl jest bardzo poruszający, choć nie brakuje w nim także elementów komediowych.

Gorąco polecam!

Bałtycki Teatr Dramatyczny im. J. Słowackiego w Koszalinie
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.