Sandra Roszkowska,  Zespół Szkół nr 1 im. Mikołaja Kopernika w Koszalinie

Recenzja spektaklu „Café Luna” (opieka reżyserska – Arkadiusz Buszko)

Półmrok…

Kiedy przekroczyłam próg sali, poczułam, że wchodzę do miejsca, które od dawna żyje własnym, lekko przekrzywionym życiem – jakby ściany szeptały tajemnicze plotki, a neon migotał złośliwie, igrając z oczekiwaniami widza. To przestrzeń, która nie pragnie być przewidywalna, i dobrze, bo tego wieczoru w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie czekał mnie sen na jawie, w którym muzyka mówiła więcej niż słowa, a emocje miały barwę, zapach i subtelne drżenie.
Wiedziałam, dokąd idę, ale nie byłam przygotowana na sposób, w jaki zostanę całkowicie pochłonięta. Spektakl opowiada o trzech kobietach, przyjaciółkach, które spędzają noc w knajpie „Café Luna” – miejscu pełnym cieni i melodii, gdzie każda z nich odsłania własne pragnienia, tajemnice i tęsknoty.
Format spektaklu bez dialogów zwykle działa na mnie jak letnia herbata – niby przyjemna, a jednak pozostawiająca niedosyt. Tutaj jednak teksty polskich piosenek (oryginalnego autorstwa Anny Burzyńskiej) stał się jedynym możliwym językiem, jakby bohaterki nie potrafiły opowiadać inaczej. W ich pieśniach kryło się wszystko: opowieść, humor, zadziorność, nostalgia, a przede wszystkim kobieca moc w trzech całkowicie odmiennych odsłonach. Sprawujący opiekę reżyserską Arkadiusz Buszko wykreował świat dziwnie lekki, a jednocześnie pulsujący emocjami, jakby ktoś wymieszał cukier puder z cyjanowodorem…
Bohaterki – trzy femme fatale o barwach własnych żywiołów – snuły historie tak intensywne, że przez chwilę czułam, jakbym nie siedziała w fotelu, lecz unosiła się w metaforycznej kolejce górskiej utkanej z kobiecych pragnień, gniewów i tęsknot. Ich energie mieszały się w powietrzu niczym cienie pod księżycowym światłem – czasem delikatne, czasem szaleńcze, zawsze pełne życia.

W trakcie spektaklu pojawiały się momenty, w których bohaterki wchodziły w subtelny kontakt z publicznością – gest, spojrzenie, zaczepne muśnięcie. Było to mistrzowsko wyważone: nienachalne, a jednocześnie pozostawiające widza z poczuciem, że stał się częścią tego kobiecego wszechświata, gdzie każdy oddech, każdy cień i każdy dźwięk mają znaczenie.

Scenografia Beaty Jasionek była minimalistyczna: stół, krzesła i neon drżący jak księżyc, który postanowił udawać, że jest światłem z taniego baru. Ta oszczędność nie była brakiem, lecz celowym gestem – puste płótno, które dopiero czeka, by ktoś nalał na nie emocji jak atramentu. Każdy element był precyzyjny, surowy, wręcz bezwstydnie świadomy swojej obecności – jakby sama przestrzeń szeptała, że to nie dekoracje mają grać pierwsze skrzypce, lecz bohaterki i ich rozedrgane światy.

Pierwsza bohaterka, która pojawia się na scenie to postać grana przez Bernadettę Bursztę. Jasnoróżowe body otulało ją jak mgła wczesnego świtu, a futro oplecione wokół mikrofonu udawało suknię tak przekonująco, że przez chwilę można było uwierzyć, iż naprawdę ją ma na sobie. Jej wejście mogło sugerować delikatność, niemal cukierkową słodycz gotową do schowania w szklanej gablocie. Na moment wydawało się, że będzie postacią miękką i niewinną, jak lalka w sklepie z marzeniami. Jednak po chwili jej pastelowa powłoka zaczęła pękać, odsłaniając ostre krawędzie charakteru. Róż nie był naiwnością, lecz świadomą tarczą pewności siebie. Uśmiech nie był grzecznością, lecz prowokacją. Każdy gest, każdy obrót, każdy ton jej głosu przyciągał uwagę niczym latarnia dla nocnych stworzeń. W jej piosenkach przebijała się władza nad własnym światem – to ona bawiła się mężczyznami, nie oni nią. Zadziorność wyskakiwała spod pastelowej sukienki jak pazur spod koronkowej rękawiczki, a teatralny trik, w którym pozornie słodka dziewczyna nagle odsłania swój ogień, działał jak uderzenie w serce. Wtedy ogarnęło mnie dziwne, rozedrgane uczucie: duma. Nie tylko z niej – z bohaterki, która nie poddaje się oczekiwaniom świata, lecz także z samej siebie, z tego fragmentu duszy, który potrafi okazać siłę i pewność, nawet gdy świat chce je spłaszczyć. Ta duma była groteskowa, niemal absurdalnie przyjemna – czułam ją w żołądku, jak słodko-gorzki karmel, który ciągnie się długo po chwili zachwytu. To uczucie, że ktoś, kto wygląda jak kruche światło poranka, może rozświetlać ciemność tak mocno, że własne lęki zaczynają tańczyć w rytmie jej odwagi. Różowa postać nie jest bohaterką bajki, w której wszystko kończy się cukrowaniem. Jest ikoną, która udaje słodycz po to, by nagle przełamać ją zadziornym, diamentowym spojrzeniem. W jej obecności czujesz, że bycie sobą może być zarówno piękne, jak i niebezpieczne, że duma, którą przynosi własna autonomia, jest jak niewidzialny płaszcz, chroniący cię przed światem i jednocześnie rzucający wyzwanie. W tym momencie między jej gestami, uśmiechem i tonacją głosu rodzi się coś subtelnego, mrocznego i nieodwracalnego. Świadomość własnej siły, która nie potrzebuje pozwolenia.

Kiedy na scenę wchodzi kolejna bohaterka, postać którą zagrała Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska, powietrze nagle gęstnieje, jakby każdy oddech mógł rozbić niewidzialną taflę szkła. Jasnoniebieski garnitur oplatał jej sylwetkę niczym poranna mgła, a ruchy – spokojne, a zarazem pełne ukrytej siły – sprawiały, że wydawała się postacią z innego wymiaru, z baśni, która przypadkiem trafiła do nocnego klubu. Niebieski, który ją otaczał, nie jest chłodny ani odległy – staje się barwą pragnienia, głębokiego i niedopowiedzianego, które w sercu każdego z nas cicho drży, choć rzadko przyznajemy mu rację. Bohaterka śpiewa o miłości, która powraca nie z kaprysu, lecz z konieczności serca. W melodii krył się sekret – pragnienie, by ktoś kochał nas raz i na zawsze, bez fałszu, bez powtórzeń, bez wątpliwości co do wartości. Postać Żanetty Gruszczyńska-Ogonowskiej nie odsłania wszystkiego, ale w każdej nucie zostawia ślad tej tęsknoty, a słuchając, odnajdywałam w jej błękicie własne marzenia. Jej obecność przypominała nocny wiatr: delikatny, a jednocześnie niepokojąco realny. Nie wiadomo, dokąd prowadził, ale czułam, że warto jej zaufać, choćby tylko w wyobraźni. Tajemnica bohaterki sprawia, że jej świat staje się miejscem, w którym marzenia mogą szeptać, a pragnienie bycia kochanym przestaje być ulotne, stając się możliwe, choć wciąż nieodgadnione. Jej elegancja nie jest tylko estetycznym wizerunkiem – to subtelna moc, która nie potrzebuje rozgłosu. Kiedy śpiewa o „Café Luna” jako o swoim drugim domu, słowa brzmią raczej jak cień wyznania, który wyłania się między nutami, niedopowiedziany, a jednocześnie znaczący. To miejsce staje się tymczasową przystanią, przestrzenią, w której tajemnica kobiety nie budzi zagrożenia, lecz zaprasza do zanurzenia się w marzenia, które nosimy w ukryciu.

Na scenę również wkracza zatem trzecia postać, grana przez Katarzynę Lenarcik-Stenzel. Fioletowa sukienka oplata jej sylwetkę jak cień ognia, a czerwona chusta zdaje się żyć własnym życiem, pulsując rytmem, którego nie da się zatrzymać. W interakcjach z przyjaciółkami bohaterka jest jak bomba atomowa – wybuchowa, nieprzewidywalna, pełna śmiechu i teatralnego chaosu. Jej energia wibrowała w powietrzu, sprawiając, że każdy gest wydawał się dramatycznym akcentem w niewidzialnej symfonii życia. Jednak dopiero, gdy zostawała sama na scenie i światło skupiało się wyłącznie na niej, a reszta milknęła, ujawniała się jej prawdziwa twarz. Wtedy kobieta przestawała być tylko iskierką chaosu. Jej głos stawał się miękki i melancholijny, pełen cichej tęsknoty, jakby opowiadał o domach, które zniknęły, o marzeniach, które nigdy nie zostały spełnione. Jej piosenki brzmiały jak listy pisane w tajemnicy, w których kryje się pragnienie bycia zauważoną, kochaną, wybraną – bez gier i pozorów. W tej samotnej chwili widziałam w niej siebie. Człowieka, który potrafi eksplodować na zewnątrz, a jednocześnie palić się w środku, skrywając własną melancholię. W jej oczach, w drżeniu głosu, w ukrytym geście czaiła się nostalgia, którą każdy z nas nosi, choć rzadko się do niej przyznaje. To uczucie bycia „za głośnym i za cichym jednocześnie” rozdziera serce, a jednocześnie zachwyca pięknem ludzkiej prawdy. Postać pokazuje, że za szaloną fasadą kryje się wciąż nastolatka – pragnąca, delikatna, tęskniąca za czymś, co już nie wróci. Jej piosenki stają się zwierciadłem duszy, w którym odbijają się własne tęsknoty. Każda nuta zszywa i rozpruwa emocje, przypominając, że prawdziwa siła nie zawsze polega na tym, co widoczne na zewnątrz, lecz na tym, co skryte w sercu. To właśnie ta wersja bohaterki jest najbardziej poruszająca. W niej kryje się człowiek z krwi i kości, z zarysowaniami, bliznami i niepokojami. Jej samotność, jej cicha nostalgia, jej pragnienie miłości i zrozumienia pozostaną we mnie długo, pozostawiając w sercu echo, które trudno wymazać.

Café Luna” to spektakl dziwny w najlepszym znaczeniu tego słowa. Groteskowy w sposobie, w jaki łączy prostotę z emocjami, melancholijny jak rozmowa prowadzona nad zimną kawą o trzeciej nad ranem, pełen nostalgii, miłości i zadziornej kobiecej siły. Wychodzi się z niego z poczuciem, że coś – piosenka, spojrzenie, cień, kolor – musnęło duszę i pozostawiło ślad. To nie jest przedstawienie, które się tylko ogląda, to doświadczenie, które pochłania widza i osadza w nim echa bohaterów, ich tęsknoty i radości. Jest jak lampka neonu odbijająca się w kałuży – piękna, krzywa, trochę smutna, a jednocześnie niepokojąco prawdziwa. Spektakl dotyka miejsca w człowieku, które rzadko zostają odsłonięte. Nie brutalnie, nie nachalnie, lecz subtelnie i nieodwracalnie, jakby ktoś włożył do wnętrza maleńki, zimny księżyc, który czeka, aż spojrzymy na siebie odrobinę inaczej. Podział bohaterek na róż, błękit i fiolet nie był jedynie ozdobą sceny. Każdy kolor pulsował własnym rytmem i energią, tworząc kalejdoskop kobiecych historii, w którym można było odnaleźć fragmenty siebie. Róż przynosił zadziorność i figlarność, błękit tajemnicę pragnienia, fiolet melancholię i ukrytą tęsknotę. Barwy mieszały się w powietrzu jak cienie przy księżycowym świetle, odbijając radość, smutek i tęsknotę, które wciąż nosimy w sobie, nawet jeśli boimy się je pokazać. To opowieść o przyjaciółkach, o miłości, samotności, sile i emocjach, które pulsują pod skórą. „Café Luna” nie znika wraz z ostatnim oklaskiem. Zostaje. Jak neon, który wciąż płonie, choć wszyscy już wyszli, jak cień, który szepcze historie, o których zapominamy w codziennym zgiełku. Spektakl wchłania, zostawia ślad i sprawia, że świat wydaje się nieco dziwniejszy, piękniejszy i bardziej melancholijny niż przedtem. Gorąco wszystkim polecam tę niezwykłą artystyczną przygodę.

Joanna Rybczyńska. I Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Dubois w Koszalinie

Kobiety, kobiety…

Jak w spektaklach przedstawiane są kobiety? Niekiedy jako delikatne, pełne wrażliwości postacie, a innym razem jako pewne siebie, silne, wierzące we własne nieograniczone możliwości. Miałam przyjemność obejrzeć spektakl „Cafe Luna” (opieka reżyserska – Arkadiusz Buszko, który moim zdaniem perfekcyjnie połączył oba „pomysły” na kobiety w teatrze. Sztuka jest przepełniona zarówno wyważoną czułością, jak i samoakceptacją oraz bliskością w przyjaźni z innymi kobietami. Co najciekawsze – spektakl składał się praktycznie w całości z piosenek pochodzących z filmów Pedra Almodovara i nie był wypełniony standardowymi w takich wypadkach dialogami będącymi łącznikami pomiędzy kolejnymi utworami.

Spektakl rozpoczął się dosyć nietypowo: kurtyna pozostawała zasłonięta, a jedyny element scenografii stanowił statyw z mikrofonem ustawiony na środku sceny. Sztukę niejako „otworzyła” wręcz przepełniona żalem piosenka „Dokąd poszła miłość” wykonana przez Bernadettę Bursztę. Przyznam szczerze, że wykonanie tego utworu wywołało mój ogromny zachwyt, a dreszcz doznanych uczuć odczuwałam przez cały spektakl. Gdy kurtyna w końcu się rozsuwa, zaczyna wyłaniać się obraz ciemnego baru, przy którym w bezruchu siedzą dwie aktorki: Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska oraz Katarzyna Lenarcik-Stenzel. Obie Panie śpiewają swoje solowe piosenki, a także występują ze wspomnianą już Bernadettą Bursztą w trio.
Kompozycje pełne nostalgii i rozterki są w tym spektaklu przeplatane energicznymi utworami z wyczuwalną nutą ironii oraz przekąsu. Pragnę złożyć serdeczne gratulacje każdej z trzech aktorek występującej w „Cafe Luna”. Wszystkie trzy wręcz fenomenalnie odegrały role bohaterek pełnych życiowych doświadczeń, o których dowiadujemy się przecież tylko z piosenek. Szczególnie chciałabym zwrócić uwagę na postać genialnie zagraną przez Katarzynę Lenarcik- Stenzel. Od razu rzuciła mi się w oczy jej pewność siebie oraz charyzma. Poruszała się po scenie z taką swobodą, że niekiedy zastanawiałam się, czy wciąż jestem tylko w teatrze, czy właśnie patrzę na prawdziwą historię? Ogromne wrażenie wywołał we mnie również ruch sceniczny (stworzony przez Arkadiusza Buszko) , który wypełniał każdą możliwą część sceny. Aktorki były ze sobą tak bardzo zsynchronizowane, że niekiedy przypominały wręcz swoje cienie. Każdy wykonany układ wzbudził we mnie zachwyt, nawet jeśli trwał tylko przez krótką chwilę.

Najważniejszy aspekt stanowiła dla mnie muzyka obecna od początku do samego końca sztuki. Polskie teksty do hiszpańskich utworów napisała Anna Burzyńska. Zastąpienie dialogów bohaterek piosenkami było dla mnie niezwykle ciekawym doświadczeniem. Muzyka zawsze ma szczególne miejsce w moim sercu, a po spektaklach zazwyczaj zapada mi w pamięć na bardzo długo. Było tak również w tym przypadku: po wyjściu z teatru wciąż nuciłam piosenkę „Kobiety, kobiety” wykonywaną przez wszystkie trzy aktorki. Przyznam szczerze, że przed obejrzeniem sztuki nie byłam pewna, czy sama muzyka jest w stanie oddać emocje bohaterek. Moje wątpliwości zostały jednak szybko rozwiane, gdyż sama momentami zaczynałam wczuwać się w świat przedstawiony na teatralnej scenie. Rozczulające, pełne cierpienia kompozycje były przeplatane skocznymi utworami pełnymi pozytywnej energii.

Pragnę również zwrócić uwagę na niesamowitego pianistę, Macieja Osadę- Sobczyńskiego, który na żywo akompaniował trzem Paniom. Wykonania tych utworów były tak rewelacyjne, że nawet dłuższy czas po obejrzeniu sztuki, wciąż nucę je w głowie.

Scenografia stworzona przez Beatę Jasionek jest dosyć minimalistyczna, jednak perfekcyjnie dobrana do spektaklu. Moją szczególną uwagę przyciągnął szyld „Cafe Luna” wiszący nad barem, którego złoto-srebrne światło świetnie kontrastowało z ciemnym tłem. Oświetlenie było głównie skierowane na śpiewające aktorki, co pozwalało skupić uwagę widza bardziej na bohaterkach niż na samej scenerii. Kostiumy, również wykonane przez Beatę Jasionek, były bardzo eleganckie i oficjalne. Wszystkie artystki miały starannie ułożone włosy, szykowny ubiór oraz buty na wysokich szpilkach. Wydało mi się to dosyć zaskakujące, gdyż nie spodziewałabym się tak wyszukanego stroju w zwyczajnym, lekko podupadłym barze. Niemniej jednak bardzo spodobał mi się taki dobór kreacji dla pewnym siebie kobiet, które pomimo trudnych doświadczeń życiowych postanowiły na nowo cieszyć się swoim życiem.

Spektakl „Cafe Luna” był dla mnie zupełną nowością, z którą spotkałam w się na teatralnej scenie. Przed jego obejrzeniem miałam pewne obawy, czy na pewno będę w stanie zrozumieć przekaz sztuki. Już sam początek pozbawił mnie wątpliwości, a wykonania wszystkich utworów okazały się tak fenomenalne, że ten muzyczny występ pozostanie w mojej pamięci na długo. Śmiało mogę uznać sztukę „Cafe Luna” za godną polecenia, ponieważ idealnie zachowuje równowagę między delikatnością i czułością, a kobiecą energią wypełnioną szczerą przyjaźnią i poczuciem własnej wartości.

.

Natalia Zganiacz, II Liceum Ogólnokształcące, im. Władysława Broniewskiego w Koszalinie

Muzyka gra na naszych uczuciach

Bar, trzy kobiety i szczere rozmowy. To nie jest klasyczny spektakl, jest to przedstawienie pragnień i przeżyć bohaterek w formie muzyki, a ich uczucia okazują się nie do końca oczywiste. Szczęście, figlarność, rozpacz, złość, niezrozumienie: wszystko mamy podane tu jak na tacy.

Bardzo podobało mi się to, że w całym spektaklu nie pada żaden dialog. Wszystko, co ma być przekazane widzowi, unaocznia się w formie piosenek i gry aktorskiej. Tempo jest bardzo szybkie, z zabawnej piosenki przechodzimy w utwór pełen cierpienia i tak na zmianę, co na początku dziwi, ale później wywiera ogromne wrażenie. Niesamowite jest, jak w przeciągu kilku sekund przestawałam się uśmiechać, a czułam ból w klatce piersiowej. Podobało mi się, że informacja o wyciszeniu telefonów była w języku hiszpańskim, to mocne nawiązanie do tego, że cały spektakl jest inspirowany piosenkami z filmów Pedra Almodóvara.

Największe wrażenie pod względem wokalnym zrobiła na mnie Bernadetta Burszta, która jako pierwsza pojawia się na scenie. Gdy tylko zaczęła śpiewać, to automatycznie miałam ciarki na skórze, co rzadko mi się zdarza. Absolutnie mnie poruszyła, a pierwsza piosenka, którą zaśpiewała, była obłędnie wykonana i wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak ktokolwiek może mieć taki głos.

Katarzyna Lenarcik-Stenzel również była świetna. Jej gra głosem, kiedy w jednej piosence kpi i wyśmiewa mężczyzn, a w drugiej zmienia swój wokal w delikatniejszy, pełen goryczy i bólu, jest po prostu mistrzowska. Również jej mimika była momentami wręcz przesadzona, a ruchy nawet agresywne. Bardzo mnie to urzekło.

Równie genialnie wypada Żanetta Gruszczyńska-Ogonowska. Będąc w teatrze nigdy wcześniej nie słyszałam jak śpiewa więc może dlatego byłam w szoku gdy usłyszałam jaki ma talent. Umie być zarówno skrajnie ostra, ale też przepięknie wrażliwa. A jej wykonanie tytułowego utworu (ostatnia piosenka w spektaklu) sprawiło, że byłam blisko łez. Było to wręcz idealne zakończenie spektaklu.

Autorka oryginalnych polskich tekstów piosenek Anna Burzyńska wykonała kawał świetnej roboty. Te teksty są absolutnie niepowtarzalne, z głębią i przekazem, a ja wciąż odtwarzam je w pamięci. Bez jej ciężkiej pracy spektaklu by nie było i jestem jej dozgonnie wdzięczna, że mogłam to przeżyć.

Scenografia i kostiumy wykonane przez Beatę Jasionek były bardzo proste, ale miały swój urok. Barek, stołki, pianino i mała scena dawały mi poczuć, że ja też jestem w tym barze, a podświetlany neon „Cafe Luna” i światła imitujące gwiazdy były wspaniałe.

Muzyką zajął się Maciej Osada-Sobczyński. Bardzo podobało mi się to, że Pan Maciej również był na scenie i można było usłyszeć jak gra na pianinie na żywo! Mogę powiedzieć, że jest bardzo utalentowany i było widać, co czuje podczas wykonywania poszczególnych utworów.

Gdyby zdarzyło się tak, że osoba, która nie jest pewna czy pójść na ten konkretny spektakl i akurat czyta moją recenzję, to odpowiedź jest prosta: Tak! Fani spektakli muzycznych na pewno będą się świetnie bawić, a osoby które za nimi nie przepadają również nie wyjdą z teatru z myślą, że zmarnowali wieczór. Bawiłam się fenomenalnie, a jedynym nurtującym mnie pytaniem jest, dlaczego to trwało tak krótko? A tak w skrócie: niesamowite wykonanie aktorek, przytulny klimat i piękna muzyka! Czego chcieć więcej, żeby spędzić miły wieczór w teatrze?

Miłosz Gutowski, II Liceum Ogólnokształcące, im. Władysława Broniewskiego w Koszalinie

Piosenka jest dobra na wszystko

Pedro Almodóvar – reżyser i scenarzysta, który pracował przy produkcji około 40 filmów, nagradzany wielokrotnie (w tym trzykrotną nominacją do Oscara). słynie między innymi z perfekcyjnego doboru oprawy muzycznej do swoich filmów. Utwory muzyczne pochodzące z jego dzieł doceniane są na całym świecie i doczekały się mnóstwa interpretacji czy coverów. To na nich właśnie opierały się polskie wystawienia „Café Luna”, między innymi w teatrach w: Gdyni, Poznaniu, Radomiu, Krakowie czy Warszawie. Teraz do tej szacownej listy możemy dopisać także Koszalin. Na deskach Bałtyckiego Teatru Dramatycznego im. Juliusza Słowackiego rozbrzmiały piosenki, do których oryginalne teksty w języku polskim stworzyła Anna Burzyńska. Z inicjatywą powstania tego spektaklu muzycznego wystąpiły same aktorki w nim grające i bardzo dobrze, że kierownictwo BTD zaakceptowało ten pomysł. Była to właściwa decyzja, a ja sam spotkałem się z taką formą teatru po raz pierwszy w życiu. I było to przeżycie niezwykłe.

Spektakl „Café Luna” można by potraktować bardziej jak koncert niż przedstawienie, bo nie ma w nim zbytnio tekstu w stylu libretta. Czy uważam, że to minus? Absolutnie nie – dzięki temu staje się czymś nowym i odskocznią od tego, co zwykle ujrzymy w repertuarze koszalińskiego teatru. W „naszej” wersji możemy także delektować się świetnymi wykonaniami piosenek z filmów Almodóvara. Utwory są śpiewane przez trzy aktorki: Bernadettę Bursztę-Czarnowicz, Żanettę Gruszczyńską-Ogonowską oraz Katarzynę Lenarcik-Stenzel. Wszystkie Panie wykonały przydzielone zadania znakomicie, ale gdybym musiał wyróżnić którąś z nich, wskazałbym Bernadettę Bursztę-Czarnowicz – nie wiem czy to bardziej ze względu na wokal (słychać ten kunszt wyćwiczony podczas nauki w szkole muzycznej), czy może zadecydowały piosenki, które aktorka wykonuje. Należy także podkreślić, że prawie wszystkie utwory dopełnia wybitna, choć na pierwszy rzut oka nie zawsze efektowna, choreografia autorstwa Arkadiusza Buszko, której przyswojenie na pewno wymagało ogromnej pracy. Jestem więc pod dużym wrażeniem, że piosenki, pomimo takiej ilości ruchu, zaśpiewane były czysto, a głosy aktorek bardzo ładnie współbrzmiały ze sobą podczas fragmentów unisono.

Muszę także zwrócić uwagę na sam repertuar, który w tym spektaklu jest jednak najważniejszy. Wiedzy na temat pozostałych utworów z filmów Pedro Almodóvara nie mam w ogóle, więc nie wypowiem się na temat doboru piosenek do „Café Luny”. Natomiast, jedną z najgorszych rzeczy jaka może przytrafić się przedstawieniu teatralnemu, jest zanudzenie widza, czego podczas oglądania tego spektaklu nie doświadczyłem. Przyczyną tego jest świetne ułożenie kolejności utworów (aspekt, który kuleje nawet na niektórych koncertach popularnych artystów). Po wolniejszym i bardziej nostalgicznym utworze usłyszymy w tym spektaklu nieco coś bardziej energicznego, a po tym występie aktorki płynnie przechodzą do kolejnej „wyciszonej” piosenki. Świetny pomysł na kolejność! Więcej pozytywnych emocji wywołały u mnie zdecydowanie te żywiołowe, które w miarę różniły się od siebie, co uznaję za plus (biorąc też pod uwagę, że 99% z tych utworów było dobrych). Piosenki spokojniejsze miały podobny styl i pewnie dlatego żadna z nich nie była w stanie wywołać na mnie aż tak dużego wrażenia (no może oprócz jednej, ale której pozostanie już moją tajemnicą). Nastrój całego spektaklu podkreślało perfekcyjne oświetlenie (autorstwa Marka Płocharskiego i Kornela Pałaszewskiego). Od prostej smugi światła skierowanej na aktorkę, która aktualnie śpiewa, aż po całą paletę kolorów podczas bardziej energicznych utworów. Na wyróżnienie zasługuje także ekipa odpowiedzialna za realizację dźwięku (Alicja Brożyna i Paweł Spisak) – to zadanie również zostało wykonane perfekcyjnie. W tym miejscu muszę też pogratulować Maciejowi Osadzie-Sobczyńskiemu (akompaniament i opracowanie muzyczne), odpowiedzialnemu między innymi za wspaniałe wykonanie wszystkich utworów na żywo. Czuć było tę pasję do tworzenia i grania muzyki!

Elementów scenografii (Beata Jasionek) nie widzimy zbyt dużo, ale to, co jest na scenie, wygląda ładnie i tworzy wrażenie właśnie tytułowej kawiarni, a może baru. Moją uwagę przykuł natomiast neon z nazwą lokalu, którego design bardzo mi się spodobał.

Z kostiumami (Beata Jasionek) jest całkiem podobnie – kreacje są tylko trzy, ale to nie znaczy, że słabe, a wręcz przeciwnie. Niektóre elementy ubioru stanowią także integralną część spektaklu (jak buty czy chusta). 

Café Luna” jest czymś innym od teatralnych przedstawień, do których jesteśmy przyzwyczajeni. Może nie wszystko „zagrało” tak perfekcyjnie jak Maciej Osada-Sobczyński na pianinie, ale każdy, kto współtworzył ten spektakl, na pewno dał z siebie sto procent (zaczynając od Arkadiusza Buszko, który sprawował opiekę reżyserską i był twórcą choreografii, poprzez scenografkę i twórczynię kostiumów, trzech wspaniałych aktorek, a kończąc na ekipie odpowiedzialnej za dźwięk i oświetlenie).
Polecam ten spektakl osobom, które szukają nowych wrażeń w teatrze lub po prostu chcą miło spędzić wieczór. W takich sytuacjach można na nieco ponad godzinkę przenieść się do tytułowej café, (w czym na pewno pomoże kilkukrotna interakcja aktorek z publicznością), co poskutkuje tym, że kolejnych kilka godzin po wyjściu z teatru będą państwo słyszeć w głowie głosy Bernadetty Burszty-Czarnowicz, Żanetty Gruszczyńskiej-Ogonowskiej i Katarzyny Lenarcik-Stenzel śpiewających „Laj laj laj laj”. Polecam ten spektakl! Naprawdę warto!

Bałtycki Teatr Dramatyczny im. J. Słowackiego w Koszalinie
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.